poniedziałek, 12 marca 2018

Rozdział dwudziesty ósmy

Anabelle

Ostatnie dwa, a w zasadzie to niemal trzy, miesiące minęły, aż nazbyt spokojnie. Nie było żadnych kar, nie było głodzenia, upokarzania. Nie musiała sypiać w tych pomieszczeniach na dole wtulona w mokrą i zimną ścianę. Może nie była traktowana na równi z nim, ale nie mogła narzekać na to jak było teraz. Nie mogła jednak opuszczać rezydencji. Dnie więc spędzała w bibliotece, która była zaopatrzona w masę książek. Czytała, czytała i czytała. Już zdążyła zapomnieć o tym jakie cudowne było to zajęcie. Nie sięgała jednak po przyjemne lektury, chciała wiedzieć jak najwięcej o wampirach. Po części to był jej sekretny plan, którego i tak nie wcieli przecież w życie, ale chociaż może wiedziała jak się bronić. Dziwiło ją też trochę to dlaczego ktoś opisywałby w książkach jak można zniszczyć nieśmiertelnego. Z pewnością nie jednemu przyszło do głowy, aby doprowadzić wrogów ludzi numer jeden do śmierci. Drewniany czy srebrny kołek nie był w stanie skrzywdzić ich na dobre, uruchomić co najwyżej na kilka godzin. Były one śmiertelne jedynie w przypadku młodych wampirów, które zostały niedawno przemienione. Najskuteczniejszą śmiercią było spalenie. Promienie słoneczne jednak nie mogły załatwić tego za ludzi. Im było się starszym, tym bardziej odpornym na światło słoneczne. Wszystkie informacje były przerażające, ale jednocześnie w tym samym stopniu interesujące. Kiedy uczęszczała do szkoły nie opowiadali aż tyle. Raczej wyrywki z książek, złagodzone. Może było jakieś prawo, które zakazywało uczuć w pełni o nich, nie miała pojęcia. To też zresztą nie miało większego sensu, skoro już nigdy nie będzie uczestniczyć w żadnych zajęciach. Mogła je organizować sobie jedynie sama. 
Nie miała jednak dostępu do kalendarza. Po pogodzie za oknem zgadywała jaka może być pora roku. Było ciepło, dni były długie, a noce krótkie. Musiało być lato, ewentualnie późna wiosna. Jej ulubiona pora roku. Jej urodziny się zbliżały, albo już były. Trudno stwierdzić. Zaskoczył ją jednak któregoś dnia. I wtedy wiedziała, że jest czerwiec, a dokładniej dwudziesty pierwszy. Podarował jej coś tego dnia. Coś, czego nie oczekiwała. Po prostu wyszli z rezydencji. Kazał się ładnie ubrać, pomalować i wyszli na prawdziwą kolację. W jednej z restauracji w Londynie, która była głównie przeznaczona dla nieśmiertelnych. Ludzie mogli tam wejść tylko w ich towarzystwie. To był wspaniały wieczór, który trwał jeszcze przez całą noc i następny ranek. Jak zawsze po przebudzeniu się była obolała i trochę skołowana, wystraszona, kiedy budziła się w ogromnym łóżku sama i całkiem naga. Nie mogła jednak narzekać, skoro wcale nie było tak źle jak na początku. Obserwowała też jak zmienia się jej ciało. Powoli wracała do formy. Siniaki się goiły, a z ciemno-fioletowych, niemal czarnych krwiaków robiły się żółte. Wyglądały źle, co prawda lepiej, niż wcześniej, ale wraz nie zadowalająco. Nie mogła jednak nic poradzić na blizny, które były stałe i z nimi nie mogła nic już zrobić. Dostała na nie maść, która podobno miała sprawić, aby zniknęły, ale szczerze nie widziała żadnej poprawy. Te które były widoczne gołym okiem mogła zakryć za pomocą pudru i podkładu, ale i to szczerze mówiąc niewiele dawało. Jedynym lekarstwem jest czas, którego przyspieszyć, spowolnić czy zatrzymać nie mogła. 
O wyjściu dowiedziała się późno, bo zaledwie tydzień przed wydarzeniem.
Obawiała się tego wyjścia. Nie będą sami, wszyscy mogli się na nich patrzeć i oceniać, a tak bardzo tego nie chciała… Bała się, że jeśli zrobi coś nie tak, spotka ją kara. Dlatego wolała uniknąć większych wyjść, ale wiedziała tez, że nie ma innej możliwości. Nie ważne jak bardzo będzie się zapierać, walczyć i gryźć będzie musiała się udać na ten bal w towarzystwie Alexandra. Dziwiło ją to, że nie chciał zabrać ze sobą Florence, która przecież na pewno będzie się prezentować lepiej od niej. W sukni księżniczki, pięknej fryzurze i makijażu blondwłosa wampirzyca z pewnością będzie wyglądać lepiej, niż wszystkie zgromadzone tam kobiety. Florence zachwycała. Była piękna, kobieca i każdy chciałby chociaż chwilę być blisko niej. Florence i Alexander razem byli przecież parą nierozłączną, oczywiście w przenośni. Żadna z nich para, jedynie wyglądali razem olśniewająco. W niektórych książkach trafiała na ich wspólne fotografie, które sięgały nawet dwustu lat wstecz, ich wspólnych początków. Już od tamtej pory Florence wiedziała jak się zachowywać, jak być kimś i jak wyglądać, a ona? W porównaniu z wampirzycą była nikim, zerem. Nie chciała tak o sobie myśleć jednak nie potrafiła inaczej. Nie kiedy otaczali ją piękne zewnątrz istoty. Uczona była, że nie ważne jak wygląda opakowanie, liczy się zawartość, ale teraz trudno było jej myśleć o tym, że tak może być naprawdę. Wszystkie wampiry były zniszczone w środku, podłe i szukały tylko idealnego momentu, aby kogoś zniszczyć, rozszarpać na najmniejsze kawałeczki. Nawet jeśli wyglądało na to, że jest się miłym, nie czerpiącym radości z bólu innych wampirem, to nie dało się oszukać krwiożerczej natury. Natury, która kazała zabijać. Nawet jeśli nie było zagrożenia. Dawniej mówiono, że ludzie to największe potwory, bo jako jedyne istoty na ziemi krzywdzą bez powodu. Nie bez powodu, po przemianie na wierzch wychodzą wszystkie najgorsze części człowieka. Z ciemnoszarych robią się całkiem czarne, zapominają jak to było być bezbronnym człowiekiem, cieszą się władzą jaką daje im nieśmiertelność, siła i szybkość. Władają cudzym życiem, tak jak wcześniej inny władali ich. 
Ostatnie dni przed balem były nerwowe. Suknia wisiała w szafie gotowa, aby ją założyć. Prawda była jednak taka, że nie widziała jej na oczy. Miała zobaczyć ją dopiero w dniu, kiedy ją założy. Została zapewniona, że będzie pasować ona na nią idealnie i o nic więcej nie musi się martwić. W dniu balu od rana ktoś się nią zajmował. Usłyszała, że to nie jest byle jakie wyjście i sama nie ma nawet prawa się dotknąć do siebie. Otoczona była przez cały dzień nieznanymi kobietami, które doprowadzały ją do porządku, malowały i czesały. Żadna z nich się do niej też nie mogła odezwać. Anabelle wiedziała, że to przez sztuczki z umysłem. Miały zakaz mówienia, nie słuchały jej, chyba, że mówiła odnośnie dziejących się przy niej rzeczach, ale nic poza tym. Brakowało jej kontaktu z ludźmi, a nawet teraz, kiedy go miała, był ograniczony do minimum. Może i nie miała powodu, ale starała się nie rozpłakać, kiedy ją malowały. Wszystko wtedy poszłoby na marne, prawda? Suknia miała odsłaniać jej ramiona oraz plecy, więc dołożyły wszelkich starań, żeby zakryć każda ranę, każdy siniak na jej ciele, który był widoczny. Przyglądając się w lustrze nie mogła dostrzec choćby zadrapania. Była z białego materiału, sięgająca do ziemi, przypominała ślubną, chociaż wcale taka nie była i poza kolorem niewiele miała wspólnego z suknią ślubną. Ale była piękna. Wątpiła, aby kiedykolwiek wcześniej miała na sobie coś tak pięknego i wartościowego. Chcąc nie chcąc zobaczyła metkę z ceną i naprawdę ją przeraziła. Nie mogła jednak kwestionować tego ile na nią wydaje, o ile w ogóle coś wydał, a nie zabrał ze sklepu czarując ekspedientkę. Z drugiej strony suknia nie wyglądała na taką, którą można kupić w zwykłym sklepie. Zupełnie jakby była robiona specjalnie pod nią. A przecież nie miał jej wymiarów… Pasowała idealnie, nie zwisała, ani jej nie opinała. Była naprawdę idealna. 
Dzięki niej obawa przed balem spadły chociaż trochę. 

~*~

Na miejsce przybyli spóźnieni. 
Nie było winnych, nie było konkretnego powodu, aby się spóźnili. To po prostu się stało i tyle. Zanim w ogóle znaleźli się wewnątrz budynku po drodze zaczepiło ich, a raczej jego, kilka osób. Anabelle stała z boku, niewidoczna dla innych. Pasowało jej to, że faktycznie była niczym ładnie wyglądająca zabawka, którą targa się ze sobą, aby tylko dobrze się prezentowała u czyjegoś boku. Nawet nie została przedstawiona, ale to nie miało żadnego znaczenia. Ekscytacja i przerażenie rosły. Było tu tyle nieśmiertelnych, wszyscy wyglądali pięknie. Dobrze jednak wiedziała, że to tylko piękne zewnątrz. W końcu osoby, które zaczepiły Alexandra dały mu spokój, a oni mogli wejść do środka. Nie wiedziała czemu, ale mężczyzna uśmiechał się w dziwny, niepokojący sposób. Przyprawiał ją o ciarki, którym nie mogła zapobiec. 
W środku było zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażała. Masa różnorodnych postaci, kreacji. Okrągłe stoły, czerwone obrusy, dekoracje w tym samym kolorze. Czy to możliwe, że ten kolor miał pokazywać bez czego wampiry nie są w stanie przeżyć? Krew była ważną częścią ich życia, bez niej przecież nie przeżyją i ewentualnie umrą z głodu. Śmiesznie to brzmiało, ale faktycznie, mogli umrzeć z głodu. Na stolikach dostrzegła torebki z krwią. Stały w kubełkach z lodem, a w drugich butelki z drogim szampanem. Połączenie to było odrzucające, ale chyba tylko dla niej i ludzi tu obecnych. Trudno było poznać czy ktoś poza nią tez jest człowiekiem.
I wtedy ją zobaczyła. 
Była w towarzystwie nieznanego mężczyzny. Obejmował ją tak, jak kochanek obejmuje swoją kochankę. Jakby była jego własnością. Przez chwilę nie była świadoma tego, że Devile mocniej i mocniej ściska jej dłoń. Syknęła cicho, ale to go nie powstrzymało. 
— To boli — szepnęła, wcale nie chciała, żeby ktoś usłyszał jak się skarży. Miała zakaz skarżenia się, robienia czegokolwiek co zwracałoby na nich uwagę. Dziwne, że mogła się odezwać. Jęknęła cicho, zdecydowała się w końcu wyszarpnąć rękę z jego uścisku. Trudno było zrobić, trzymał ją mocno. O wiele za mocno niż powinien, zapowiadał się miły wieczór, który mógł skończyć w bardzo, bardzo przykry sposób, a przecież tego nie chciała, prawda? Rozwścieczyć go tym, że nie podobało się jej to, że trzymał ją za rękę. Oczywiście, że nie miała nic przeciwko, ale bolało. Przez niego była o wiele bardziej wrażliwa na ból i jeśli w tej chwili jej nie puści, była w stanie się rozpłakać na oczach wszystkich zgromadzonych. I już chwilę później nie czuła jego uścisku.
Dłoń odrobinę się jej trzęsła, aby to ukryć, przykryła ja druga ręką. Pomogło. 
Spojrzała znowu na parę, doskonale wiedząc, że to oni go tak rozwścieczyli. Uśmiech blondyna, jego spojrzenie, to doprowadziło Alexandra do tego stanu. Trzeba było naprawdę wiele, aby go wyprowadzić z równowagi, a tymczasem wystarczył jakiś mężczyzna, który szedł z Florence, aby zachowywał się tak… jak nie on. 
— Kto to jest? — Spytała niepewnie. Tyle chociaż mogła zrobić, naprawdę nikogo tu nie znała. Może to nie był nikt ważny, a Alexandra zdenerwował fakt, że Florence z nim jest. To byłoby oznaką zazdrości, a on nie okazywał takich uczuć nikomu.
— Tyle czasu czytasz te książki, szukasz odpowiedzi i informacji, a nie znalazłaś nic o nim? — warknął, najwyraźniej oczekując tego, że po książkach będzie wszystko wiedziała. Może i tak powinno być. — To Erick Ásgrímsson. Jeden z Pierwszych. Niczego was nie uczą w tej szkole?
A więc to on… Czytała o Pierwszych. Ich pochodzenie nie było dobrze znane, nikt nie wiedział skąd dokładnie pochodzą. Zostali uznani za pierwsze wampiry, które stąpały po ziemi. 
— Na każdy kraj, czasem kontynent przypisany jest jeden z Pierwszych. Nam się niestety trafił Eric. Najpierwszy z Pierwszych… i mój stwórca — odpowiedział, nie czuł potrzeby, aby to ukrywać przed Anabelle. Zaskoczył ją tym jednak, co było widać po jej twarzy. Pociągnął ją w stronę stolika, który był przeznaczony dla nich. — Do oficjalnej części jeszcze długo, atrakcje chwilowo niedostępne. Pozwól, że odpoczniemy przy stoliku po podróży.

~*~ 

Musieli mimo wszystko na oficjalną część poczekać. 
W tym czasie dwa razy zatańczyła. Raz z Alexandrem, a za drugim razem z nieznanym jej mężczyzną, który ją odbił. W zasadzie to nie rozmawiali. Przedstawił się jej, trochę opowiedział o sobie, a kiedy piosenka się skończyła wrócił do swojej partnerki. Nie rozgryzła czy jest wampirem czy nie. Opowiadał tak jakby był normalnym człowiekiem, który żyje i zarabia tak jak wszyscy. Jej wątpliwości zostały rozwiane znacznie później, kiedy zobaczyła go pijącego krew z szyi młodej kobiety. Wszystko jasne. Cieszyła się, że to nie była jej szyja. Zabrudził krwią białą koszulę, widziała je. Zaledwie dwie krople, które były aż za bardzo widoczne na śnieżnobiałym kołnierzu. Widział, że mu się przygląda, kiedy posłał jej uśmiech, który odsłaniał jego uzębienie zadrżała, co najwyraźniej mu się spodobało.
Czekała z niecierpliwością na to, kiedy w końcu zacznie się coś dziać. Nie mogła narzekać na nudę, chociaż nie było zbyt wiele rozrywek tutaj. Alexander zniknął na jakiś czas, nie wiedziała gdzie, ani z kim jest. Nie czuła się nawet pewnie, kiedy siedziała sama, a dookoła była masa nieśmiertelnych, którzy mogli w każdej chwili stracić nad sobą panowanie. Zwyczajnie się bala, że jednak stanie się cudzą przekąską. Na szczęście nie musiała długo czekać na powrót Alexandra. 
— Chodź — szepnął cicho łapiąc ją za łokieć, aby pomóc jej wstać.
Niczego jej nie wyjaśnił. Tylko zaprowadził na główną salę, gdzie już się gromadziło dość sporo osób. Znajdowało się tu coś na kształt sceny. Było widać tylko jej kawałek, pozostała część była zakryta czerwoną kurtyną. Od tego koloru powoli zaczynało się kręcić w głowie, było go zdecydowanie zbyt dużo. Stali dość blisko, nie wiedziała czemu tak Alexandrowi zależy na tym, aby byli tak blisko, ale nie miała zamiaru się wtrącać i pytać. On tu rządził. Coraz więcej ludzi nadchodziło, czuła się odrobinę jak w potrzasku. Przed nią, za nią i obok byli sami nieśmiertelni, gotowi do tego, aby w każdej chwili zaatakować niewinnego człowieka. Trzymała się myśli, być może nieprawdziwej, że Alexander nie pozwoliłby jej nikomu skrzywdzić. Może to było głupie, bo sam tak naprawdę był tym, który krzywdził ją najbardziej, ale jednak bezpieczniej było z nim. Jakkolwiek głupio i niedorzecznie to nie brzmiało. 
Podekscytowane głosy rosły, było coraz więcej ich. W pewnym momencie zdecydowała się odwrócić i okazało się, że cała sala wypełniona jest nieśmiertelnymi. Ledwo była w stanie dostrzec drzwi wejściowe. Odwróciła się z powrotem w stronę sceny, kiedy zgasły światła. Przez krótka chwilę było absolutnie ciemno. Jasne, ostre światło padło na scenę oświetlając niewielki kawałek sceny. Kurtyna się rozsunęła, a oczom wszystkim ukazała się drobna postać nieznanej Anabelle kobiety. Miała długie, rude włosy, które sięgały jej niemal za pośladki. Rozpuszczone przypominały wzburzone fale, kiedy się poruszała. Dopiero teraz zobaczyła mikrofon, wcześniej na niego nie zwróciła uwagi. Był tutaj zapewne z powodu ludzi, którzy mogli nie usłyszeć w pełni słów. Nieśmiertelni nie mieli tego problemu. 
Kobieta miała porcelanową skórę. Wyglądała jak żywcem wyjęta z osiemnastego wieku. Suknia, czarna z falbankami, również na taką wyglądała. Anabelle musiała przyznać, że nigdy wcześniej nie widziała kogoś tak urodziwego. Na chwilę, mogłoby się wydawać, że nawiązały kontakt wzrokowy. Puściła jej oczko, a może to było do kogoś innego? Nie wiedziała, wiedziała jednak, że dzięki temu poczuła się pewniej i dodało jej to w dziwny sposób sił. 
— Witam — jej głos był słodki, melodyjny — jako premier naszego cudownego kraju jest mi niezmiernie miło powitać wszystkich zgromadzonych na corocznym balu. Nasze grono każdego roku się powiększa. Już teraz widzę masę nowych twarzy, które do tej pory były mi obce, mam nadzieję, że zobaczymy się również za rok — brzmiało to słodko i trochę niczym zaklęcie, Anabelle nie mogła przestać się w nią wpatrywać — zanim przejdę do przyjemniejszej części chciałabym omówić najważniejsze wydarzenia z tego roku. Po pierwsze, przetrwaliśmy z ludźmi sto jeden lat od czasu, kiedy się ujawniliśmy. Nasza historia jest przepełniona krwią, walką i rozbojami, jednak teraz, kiedy możemy stać tutaj ramię w ramię… Warto było poświęcić naszych przodków, abyśmy dziś mogli świętować. Mam też dobre wiadomości, do grona nieśmiertelnych w tym roku przystąpi dwieście trzydzieści pięć osób. Chciałabym przypomnieć, że od stycznia na nowo można brać udział w rekrutacji.
Ta wiadomość wytrąciła na moment Anabelle z równowagi. Ktoś dobrowolnie się poddawał temu, aby zostać wampirem? To brzmiało tak bardzo niedorzecznie, dlaczego mieliby niszczyć swoje ludzkie życia, aby być… nimi? To nie miało absolutnie żadnego sensu. I było niezwykle przerażające, że tyle osób pragnęło nieśmiertelności. 
— Z nieco smutniejszych, ale równie ważnych – udało się złapać niemal tysiąc nowo-narodzonych, którzy powstali bez powodu. Znaczna część z nich opuściła nasz świat, pozostałe zrobią to dziś. Zostały również odnalezione osoby, które były za nich odpowiedzialne i ich przywódca. Pozwolę jednak, aby to pan Erick Ásgrímsson zajął się opowiedzeniem, tak jak co roku, będzie czynił honory.
Skłoniła się lekko, dziękując za wysłuchanie jej i wycofała delikatnie klaszcząc w dłonie. Pozostali poszli za jej przykładem. Anabelle w głowie miała zbyt wiele myśli, nawet nie chciała wiedzieć co tak naprawdę będzie się tutaj za chwilę działo. Rudowłosa zniknęła, światło znowu zgasło, a kiedy pojawiło się ponownie na scenie stał wspomniany mężczyzna. Jednak nie sam. 
Widok Florence u jego boku może nie powinien być zaskakujący, skoro razem wcześniej się gdzieś udali. A jednak wiele osób było poruszonych jej obecnością. Nikomu nie przyszło do głowy komentowanie tego na głos. Słychać było poruszenie wśród zebranych, jednak nic więcej. Czekała, aż się odezwie. Milczał. Patrzył się na wszystkich i milczał. Co jakiś czas zatrzymywał swój wzrok na kimś i choć jego spojrzenie ani razu nie zatrzymało się na brunetce to wręcz czuła jego ciężar na sobie. Patrząc na niego czuło się respekt, atmosfera, która się zmieniała po jego przybyciu była mocno odczuwalna. Widać było, że ma dużo władzy i wie jak z niej korzystać, co robić, aby inni przed nim klękali. Aż dziwne, że nie kazał nikomu tego robić. Jeszcze. 
— Sto jeden lat. To niewiele, prawda? Moja droga przyjaciółka zdążyła mnie już wyręczyć w nudnych sprawach. Przejdę od razu do tego co ważne. Mam nadzieję, że wszyscy się dobrze bawić, szampany są odpowiednie schłodzone, a krew wpasowała się w wasze podniebienia. W tym roku, ponownie, mieliśmy nieprzyjemność z nielegalnymi armiami, które miały „odebrać” Pierwszym władzę. Poradziliśmy sobie z tym, jak zawsze zresztą. Przykre niestety jest to, kim okazała się być osoba, odpowiedzialna za to wszystko. Być może niektórzy z was już się tego domyślają, inni dopiero łączą ze sobą fakty. Kogo tutaj nie ma? — Zapytał i szeroko rozłożył ręce. Na ten znak wszyscy zaczęli się rozglądać, jakby szukali odpowiedzi w twarzach swoich towarzyszy. — Brakuje naszej kochanej pani burmistrz, czyż nie? Również byłem zaskoczony, że to ona jest odpowiedzialna za zamieszki, nielegalne przemiany i gromadzenie armii przeciwko mnie oraz moim siostrom i braciom. Niezwykle… przykre.
Ponownie zamilkł na moment. Podniósł lewą rękę do góry i zamachał palcami. Dwóch, potężnych mężczyzn którzy wcześniej pilnowali mężczyzny wprowadzili na środek całkiem nagą kobietę. Łatwo było się domyślić, że to właśnie jest ta burmistrz o której wspomniał chwilę wcześniej. W połowie drogi rzucili ją na kolana, co spowodowało cichy jęk. Usta miała zakneblowane, ręce związane z tyłu. Nie podniosła głowy, najwyraźniej nie będąc w stanie spojrzeć na zgromadzonych. Erick podszedł do niej, palce wplótł w jej włosy i gwałtownie uniósł jej głowę do góry. Teraz można było dostrzec, że płakała, 
— Nie! Nie!
Głos dochodził z głębi tłumu. Męski głos. 
— Nie Mathilde! — Zawył. Przedzierając się przez tłum w końcu dostał się do sceny. — Błagam, ona nie miała z tym nic wspólnego… Nie ona, nie możliwe…
— Żałosne.
Nawet nie wydał żadnego komentarza. Mężczyzna został zaciągnięty na scenę przez wampiry, które pełniły tu role ochroniarzy. Erick wyciągnął sznur z ust kobiety, najwyraźniej dając jej szansę na wytłumaczenie się. 
— Wybacz mi kochany — zwróciła się do mężczyzny. Uśmiechnęła się do niego w bardzo, bardzo smutny sposób. Czegoś takiego nie widywało się na co dzień. Trochę niczym z dramatu, gdzie romans nie kończy się w słodki sposób jak w komediach romantycznych. Było drastycznie, boleśnie i, tego jeszcze Anabelle nie wiedziała, ale krwawo. — Daan nie zrobił niczego złego. Nie miał o tym pojęcia, sama to planowałam! Sama! — powtórzyła i splunęła pod nogi Ericka.
To był dla niego wystarczający dowód. Można było dostrzec jak kącik jego ust lekko drga. Następne wydarzenia działy się stanowczo zbyt szybko. Usłyszała krzyk, głośny błagający o litość krzyk. Nie należał on jednak do burmistrz, ale do jej, jak widać, partnera. Ona nie krzyczała, była zadziwiająco spokojna, kiedy to wszystko się działo. 
Została postawiona do pionu, więzy zostały przecięte. Stała przed masą ludzi całkiem naga i upokorzona, jednak nie to było w tym najgorsze. Gorsze pojawiło się dopiero później, kiedy Erick przystąpił do wykonania wyroku na kobiecie. Jego ręka, aż do łokci, wbiła się w jej ciało niczym nóż w masło. Lekko i bez problemu, krew trysnęła na scenę, osoby stojące w pierwszym rzędzie zostały nią ochlapane. Wyrwał jej serce, nie cofnął jednak dłoni. Stał, podtrzymując ja od tyłu. Kobieta, jeszcze trochę się trzęsła, pluła krwią, ale w końcu przestała. Pozbawił ją życia. W końcu puścił kobietę, a ta upadła. Jak gdyby nigdy nic oblizał zakrwawione palce. 
— Udanej zabawy.
Cześć! Przychodzę do was z urodzinowym rozdziałem. Dziś mijają dwa lata od założenia BB! Wow, dziękuję wszystkim z osobna, razem za to, że tutaj jesteście i tworzycie ten blog razem ze mną. Trudno byłoby napisać cokolwiek bez was, więc DZIĘKUJĘ! Każdy komentarz, wyświetlenie znaczy dla mnie bardzo wiele. 
Chciałam ten rozdział zadedykować wyjątkowej osobie, która znaczy w moim życiu bardzo wiele i bez niej BB nie wyglądałoby tak samo. Tobie podziękowania należą się najbardziej ze wszystkich, wspominam Cię chyba wszędzie gdzie tylko mogę, dziękuję Justyno/Nesso za wszystko.♥ 
Ale! Zapomniałabym, kurczę! Mam pamięć niczym Dory z Gdzie jest Nemo/Dory, ten rozdział jest tez z dedykacją dla Ciebie. Jeżeli jesteś czytelnikiem, trafiłeś tu przypadkiem i czytasz końcówkę to wiedz, że dedykuję też ten rozdział Tobie. Dziękuję, że jesteś i mnie wspierasz. ♥
A z gifa spogląda na was cudowny Alexander Skasgard, jako Eric.